|
2006-08-08 12:24:38
Zdzisław Bartelak, właściciel firmy Consonni
Nie łatwo o przepis na rentowny biznes. Zdzisław Bartelak,
właściciel firmy Consonni z Kamyka znalazł go w kuchni. I po raz
kolejny okazało się, że najważniejszym składnikiem jest umiejętne
zarządzanie.
Money.pl: Firma, która Państwo prowadzą ma włoską nazwę,
niektóre produkty mają włoską tradycję. Czy pomysł na słodki biznes
przewędrował do Kamyka z Półwyspu Apenińskiego czy to tylko stylizacja?
Zdzisław Bartelak: Faktycznie początków Consonni należy szukać aż pod Mediolanem. Rodzina mojej żony ma ponad
30-letnią tradycję w piekarnictwie i cukiernictwie we Włoszech. To oni
przekazali mi wiedzę, pomoc finansową i koncepcyjną oraz bezcenne kontakty. Po
ponad piętnastu latach spędzonych w firmie państwowej na kierowniczym
stanowisku, zwolniłem się i założyłem własny interes. Na początku było trudno,
bo jestem z wykształcenia inżynierem.
Money.pl: Zaczynali Państwo kilkanaście lat temu podczas,
gdy rynek dopiero się tworzył, a ludzie uczyli nowego stylu życia. Łatwo było
sprzedać zupełnie nową, nieznaną jakość?
Z.B.: Faktycznie w 1991 roku nasz pomysł na biznes
był na tyle nowatorski, że pamiętam, jak różnie klienci reagowali na nasze
produkty. Zaczęliśmy się od produkcji lodów. Jak poszedłem je zatwierdzać do
sanepidu, pani nie chciała wydać pozwolenia na kolorowe lody. Ta urzędniczka
odwiedza nas do dziś. Od razu wystartowaliśmy z 30 smakami lodów, co na tamte
czasy była rewolucją.
Miałem ogromny problem, czy tłumaczyć na polskie
odpowiedniki ich nazwy, czy zostawić włoskie oryginały. Ludzie nie umieli ich
wymawiać, wstydzili się zamawiać. Z tego względu też niektórzy traktowali nas
jako importerów lepszego życia zza granicy i z zaciekawieniem przyglądali się
obco wyglądającym etykietom. Uznawali nasze produkty za zagraniczne, jakościowo
lepsze. To nas cieszyło, ponieważ realizowało się nasze założenie. Chcieliśmy
robić rzeczy wyjątkowe tak, aby żaden międzynarodowy potentat nie stanowił dla
nas konkurencji. Nie ścigamy się z nimi na tej samej bieżni, ale bacznie
obserwujemy cały rynek.
Money.pl: Nie miał Pan ochoty spróbować zmierzyć się z
wielkimi koncernami, kiedy zauważył Pan, że pomysł na biznes jest dobry?
Z.B.: Był taki jeden moment, kiedy przyjaciele z
branży rozważali wejście w duży interes. Zastanawiałem się, ale zdecydowałem,
że wolę robić coś, czego nie robią inni. Uwierzyłem w niszę i tego nie żałuję.
Money.pl: Nie bał się Pan, że ludzie - pracownicy i
klienci - nie są jeszcze przygotowani na taką filozofię?
Z.B.: Podjąłem się tej misji edukacyjnej.
Postanowiłem nauczyć pracowników innego stosunku do człowieka, a klientów innej
jakości życia. Zbudowałem i wyszkoliłem kadrę, która pracuje z nami od
kilkunastu lat. W latach dziewięćdziesiątych organizowałem dla pracowników
wyjazdy do Niemiec, Anglii, Włoch, żeby mogli zobaczyć realizację moich
założeń. Już teraz wiedzą, na czym najbardziej mi zależy. Gorzej jak przychodzą
ludzie, którzy mieli wcześniej złe przykłady.
Money.pl: Consonni jest drogą marką. Jak przekonał Pan
klientów do tego, że nie tylko cena ma znaczenie?
Z.B.: Produkujemy lody - jak tradycja każe - na
śmietance, mleku, ewentualnie na maśle. To jest drogie. Nasze produkty były i
są inne w cenie, ale klient musi mieć możliwość wybrania i oceny, co mu
odpowiada. Jeżeli sprzedaż jest zadowalająca, to dowód na to, że nasi klienci
potrafią to docenić. Podążamy cały czas za najnowszymi trendami światowymi,
kupujemy nowe maszyny, doskonalimy się. Ludzie doceniają to zaangażowanie.
Money.pl: Tych świadomych klientów jest jednak mniej niż
tych, którzy sugerują się ceną podczas zakupów.
Z.B.: Stale rośnie liczba ludzi zamożnych i
świadomych klientów. Najlepszy czas jeszcze przed nami. Mam plan edukacyjny i krok po
kroku go realizuję.
Money.pl: Rozumiałabym ten optymizm w którymś z
największych miast w Polsce. Ale w Kamyku?
Z.B.: Nie ma tu może bardzo bogatych, ale są ludzie,
którzy mając finansową swobodę, pozwalają sobie na dokonywanie wyboru.
Money.pl: Czy to lokalny patriotyzm nie pozwala Panu na
ekspansję w polskich metropoliach?
Z.B.: Do tego potrzebny jest partner. Ja zajmuję się
produkcją - tego chcę i muszę pilnować. I nawet jeśli zatrudnię najwyższej
klasy managerów, to nie wystarczy. Muszę być stale obecny przy produkcji.
Filip Bartelak: W Krakowie powstał
wzorcowy sklep, który - żeby nie zaburzyć tego obrazu faktycznej rentowności -
założyłem i prowadzę jako zupełnie oddzielną firmę. Dzięki temu będziemy mogli
pokazać potencjalnym partnerom, na czym nam zależy i jakie mamy wymagania.
Nie bez powodu więc to jedyny nasz
sklep. Nie chcemy angażować się w handel, bo moglibyśmy szybko utracić
kontrolę nad produkcją. Wszystkie sklepy, które handlują naszymi
produktami, robią to na podstawie
umowy partnerskiej, która nie jest jednak franczyzą.
Z.B.: Dotychczasowa współpraca pozbawiona jest
warunków charakterystycznych choćby dla franczyzy: kaucja, określone obroty.
Nasze wymagania dotyczą wyłącznie otoczenia, w którym pojawiają się nasze
produkty.
Money.pl: Nie macie zaufania do partnerów?
Z.B.: Ludzie mają różne cele. Niektórzy spodziewają
się szybkich pieniędzy. Czasami się to udaje, tak jak ministrowi finansów, ale
w naszej firmie to zawsze był drugorzędny cel.
Money.pl: Wierzycie w siłę marketingu?
Z.B.: Tak, oczywiście, ale nie stawiamy na agresywne
działania reklamowe. Moja żona dba o wizerunek firmy. To ona stworzyła
koncepcję, zaprojektowała etykiety i wnętrze kawiarni. Jest artystką, więc
świetnie się czuje w tej roli.
F.B.: Nasz produkt trafia do wybranej grupy ludzi,
którzy cenią sobie smak. Nie możemy się reklamować, gdzie popadnie. Moglibyśmy
pojawiać się choćby w pismach specjalistycznych, ale takich brak. Więc
reklamujemy się przez produkt. Bazujemy przede wszystkim na sieci powiązań
ustnych.
Money.pl: Jak się pracuje w rodzinnej firmie?
F.B.: Doskonale się uzupełniamy w pracy. Udaje nam
się zawsze wypracować kompromis pomiędzy tym, moją psychologiczną wiedzą
książkową, a doświadczeniem życiowym taty.
Z.B.: On rozumie, co ja robię, a ja czuję. Drugi
najprawdopodobniej już wkrótce do nas dołączy. O kontynuację pokoleniową jestem
spokojny.
Money.pl: Czy przyjęty na początku działalności biznesplan
udało się zrealizować?
Z.B: Nie liczę, ile pieniędzy zarabiam. Pilnuję,
żeby zarobić.
| Katarzyna Ogórek |
 |
|