<B>Consonni</B>.plAdres firmy: ul. Strażacka 38 Kamyk, (34) 318 39 22


GAZETA WYBORCZA - 24.12.2003
"Z WŁOSKĄ TRADYCJĄ"

Jeśli chcesz poczuć atmosferę z początku minionego wieku . zajrzyj do Romea i Julii przy ul. Dąbrowskiego lub jedź do Kamyka. Najważniejsza decyzja w życiu
Lata 90. Zdzisław Bartelak - inżynier po AGH, pracuje w ciepłowni przy ulicy Rejtana. Jego żona Halina jest architektem wnętrz. Żyją - jak to określili - zupełnie nieźle. Z Włoch przyjeżdża w odwiedziny szwagier pani Haliny.
- Pokazuję mu moją pracę. Opowiadam, co osiągnąłem. Mam nadzieję, że on to zrozumie i doceni, ponieważ ma podobne wykształcenie do mojego . wspomina Zdzisław Bartelak.
- Popatrzył na to wszystko i powiedział, No Zdzichu, zasadziłeś drzewa, ale kiedy ty z nich jabłka zbierzesz? Jak tak dalej będziesz pracował to chyba nigdy. Moi rodzice sprzedali cukiernię bo przeszli na emeryturę. Ale mają cały zeszyt przepisów. Może wy spróbujecie?

Bartelakowie długo zastanawiali się co zrobić . W końcu zdecydowali wziąć wszystkie oszczędności i pojechać do Włoch, kupić używane maszyny, dostawczy samochód i przekwalifikować się na cukierników.
Na miejscu okazało się, że gotówki mają za mało.
- Wtedy szwagier mojej żony i jego rodzice postanowili, że pożycza nam pieniądze na maszyny. Potem pożyczyli też przyczepkę, którą przywieźliśmy zakupy do kraju
- Z Włoch jechaliśmy 36 godzin . dorzuca Halina Bartelak . Byliśmy tak zmęczeni, ze musieliśmy nocować w Romanowie pod Częstochową.

Największa tajemnica!

Wszystko zaczęło się od produkcji lodów na Światowy Zlot Młodzieży.
- Receptury były oczywiście z zeszytu włoskiej babci, ale przez nas zmodyfikowane
- mówią. - sprzedawały się świetnie. Ale skończyło się lato i trzeba było pomyśleć, co dalej. Babcia powiedziała nam: pieczcie ciasteczka. One zawsze się świetnie sprzedają.
Podczas wizyty we Włoszech Zdzisław Bartelak zauważył bożonarodzeniowe ciasto drożdżowe . Panetton. Pomyślałem, ze to jest pomysł. U nas przecież, ciasto drożdżowe to tradycja, ale to włoskie rożni się od naszego i smakiem i recepturą.
Panettonu trzeba się było nauczyć piec.
- Pojechałem do Italii na trzy tygodnie. Tam od bladego świtu do nocy pracowałem na cukierni i obserwowałem proces tworzenia ciasta. Bez tego nic by się nie udało - wspomina Bartelak. - Po trzech tygodniach szef cukierni zaprosił mnie do domu na obiad. I wtedy wyjawił mi największą tajemnice pieczenia tego ciasta.
Dbałość o szczegóły.

- Nie od razu dostaliśmy wszystkie przepisy - śmieją się Bartelakowie. - Włosi bardzo wnikliwie obserwowali nasze postępy i co jakiś czas zdradzali kolejne przepisy.
W firmie musi iść wszystko jak w Szwajcarskim zegarku. Nie może być żadnej przypadkowości. Są firmowe opakowania, porcelana. Pracownicy chodzą w firmowych strojach. Powidła śliwkowe sprowadzane są z najlepszego miejsca w Polsce. Ser na tiramisu . z Italii.
Zdzisław Batelak jest profesjonalistą. Rodzina mówi, że jest "strasznym szefem". - wszędzie musi wejść, wszystko zobaczyć. Rok temu uzyskał tytuł mistrza cukiernictwa. Wciąż wymyśla coś nowego. Mówi, ze trzeba tworzyć nowe ciasta, bo ile ludzi, tyle smaków. Ja często nie zgadzam się z mężem. Nad wieloma rzeczami długo dyskutujemy. Ale trzeba przyznać, że na jego słowie można polegać. Jest bardzo odpowiedzialny i za firmę, i za pracujących w niej ludzi. Jeszcze kilka lat temu z funduszu socjalnego wysyłaliśmy ludzi do Anglii, Niemiec - mówi o mężu pani Halina. - Chcieliśmy, żeby zobaczyli, jak tam ludzie prowadzą podobne sklepy. To im pomogło zrozumieć, że wymagania mojego męża nie są wzięte z sufitu.
Bartelakowie myślą o wybudowaniu nowej piekarni ze szklaną ścianą. - Każdy będzie mógł prześledzić proces pieczenia chleba - mówią. - Nic Ne mamy do ukrycia. Zdjęcia pod nazwiskiem
.
Bartelakowie zgodnie twierdzą, że udało im się także dlatego, że zaczęli w odpowiednim momencie.
W Kamyku, gdzie jest siedziba firmy, wokół piekarni zagospodarowany teren: altanki, salonik z kominkiem, dużo zieleni. W patronackich sklepach . przepięknie zaprojektowane wnętrza. Widać dbałość o każdy szczegół.
- To zasługa żony - podkreśla pan Zdzisław.
Do Kamyka przyjeżdżają autokary pełne włoskich turystów. - Teściowie siostry mojej żony, działają w kościele pod Mediolanem. Kiedy dowiadują się, że grupa pielgrzymów jedzie do Częstochowy, to mówią: Jedźcie do Kamyka, tam pod nazwą cukierni zróbcie sobie zdjęcie - śmieje się Zdzisław Bartelak. - Dlaczego? Bo Consonni to właśnie ich nazwisko. Daliśmy naszej firmie taką nazwę na ich cześć. No bo przecież wszystko zaczęło się od zeszytu babci Consonni.